www.Rejtan.EU

Generalnie obecne demonstracje pokazują zupełne oderwanie samych protestujących. Nie tak dawno te same środowiska zwożone były do Warszawy, aby "bronić Trybunału i Konstytucji". I pewnie jeszcze demokracji. Jednak prawda jest taka, że demokracja nie jest ustrojem idealnym, ale jeżeli się w nią bawimy, wówczas respektujmy prawa, która rzekoma większość ustanawia. Kiedyś przeforsowano projekt, który zabraniał palenia w miejscach publicznych - i trzeba było się do niego dostosować. Albo nakaz jazdy w pasach. Czy zakaz korzystania z telefonu komórkowego w czasie jazdy. Albo limit alkoholu we krwi. Wszystko to wprowadzono na zasadzie demokratycznego głosowania. Na podstawie demokratycznych głosowań wprowadzono również, że ślimak to ryba, że marchew to owoc, oraz na mocy demokratycznych ustaleń wybranych w demokratycznych wyborach przedstawicieli ogłoszono wszem i wobec, że wody w kiblu nie może być więcej niż (powiedzmy) 15l na jedno spłukanie.

Natomiast u nas zmieniły się rządy. Koalicja PO-PSL została pozbawiona większości w Sejmie, większość przejęła tzw. "prawica", czyli PiS z "przystawkami" i zaczeli oni robić to, co zwykle oligarchowie robią, gdy przejmą jakieś dobra. Ponieważ bezpośrednio w Sejmie może znajdować się maksymalnie 460 Posłów, a na listy trzeba wystawić znacznie więcej "działaczy starszych stażem", pozostali znajdują przytulne porty w Radach Nadzorczych czy stanowiskach kierowniczych strategicznych spółek Skarbu Państwa czy innych instytucji w których głównym udziałowcem jest Państwo. Wymieniani są urzędnicy średniego i wyższego szczebla, a ci, którzy przez lata "kręcili lody na lewo i prawo" odrywani są jak pijawka przy pomocy soli od "krwioobiegu gotówki". Postawieni zostają przed faktem zmierzenia się z rzeczywistością, z którą mierzy się miliony Polaków każdego dnia. I następują małe, prywatne dramaty. Znane są wszystkim powiedzenia "Tylko idiota pracuje za 6.000" (Elżbieta Bieńkowska, PO) czy "Nie da się wyżyć za 9.000". (Marcin Kulasek, SLD).

Co prawda, bardziej prominentni "działacze" znajdują ciepłą przystań w Parlamencie Europejskim, w większości wypadków nie pracując na rzecz Polski tylko jakiś dziwnych "europejskich aliansów", tak pozostali, wypieprzeni ze stołków, po zderzeniu z rzeczywistością w postaci "minimum 4 lata na odstawce" przeżywają prawdziwe frustracje. I rodzą się różne dziwne pomysły.

Z "pomocą" przychodzą różne unijne dziwactwa, a odstawieni na boczny tor próbują grać z nut: "Polska oddala się od Europy". I cokolwiek głupiego by lewactwo na zachodzie nie wymyśliło, oni będą kopiować. Nawet, gdyby w Europie pojawił się postulat jazdy po lewej stronie jezdni, jak to jest w UK czy Australii - oni by chodzili z takimi hasłami i zmuszali producentów aut, do wprowadzenia "parytetów w produkcji" - 50% aut z kierownicą po lewej, 50% z kierownicą po prawej. Parytety i już.

Jednym z takich "prawd europejskiej wiary" był postulat przyjmowania tzw. "uchodźców", czyli dorosłych, głównie mężczyzn, w sile wieku, którzy zamiast walczyć o swój kraj, rodzinę, klan etc. woleli spakować kilka tysięcy € w kieszeń i ruszyć do Europy zachodniej i na Wyspy Brytyjskie. Zresztą, do historii przeszło już słynne zdanie, "Widzimy kobiety i dzieci", a na łódce same osiłki. Europejscy mędrkowie nie potrafią przyjąć do wiadomości, że istnieje pewna nić łącząca tych, którzy przypływają do Europy z tym, że nagle jakiś kościół się spali, albo ktoś komuś na ulicy poderżnie gardło. Czy też najzwyczajniej w świecie wjedzie ciężarówką w tłum stojący przy świątecznych straganach, gdzieś w centrum miasta.

Kiedyś byłem u swojego Kolegi, południowe Niemcy. Do drugiego szliśmy ulicą, normalnie, jak gdyby nigdy nic, wszak to tylko kilka przecznic, dwa skrzyżowania, po co palić auto. Jednak ostatnio to się zmieniło, i aby dostać się na inny adres, zamiast spaceru trzeba wsiąść z auto, bo w międzyczasie wybudowano na wiosce tzw: "azyl", z którego "kuracjusze" wychodzą, aby dorobić do przyznawanych im przez rządy krajów zachodnich pieniędzy. Bynajmniej, nie do pracy, a szukając "szczęścia" w kontakcie z bezbronną okoliczną ludnością.

Już dziś w wielu miastach Europy zachodniej znajdują się dzielnice "nogo zone", w których Kazik (ten, którego nikt nie zna) śpiewał:

"(...)Poszedłem na południową stronę dzielnicy
Tam, gdzie w dzień jeszcze można chodzić po ulicy
(...)
Na północ miasta policja nie wjeżdża
Nikt nie wkłada swoich rąk w rozżarzone węgła
(...)
Uważać trzeba, by nikogo nie obrazić
Każda mniejszość ma swoje prawa
I tak dalej, i tak dalej... To jest niezła zabawa
(...)" Kazik, "Nie zrobimy Wam nic złego",


Proroczy tekst, nie?

A gdy coś się stanie, to nie próbują rozwiązać problemu, chociażby przy pomocy deportacji tych, którzy naruszają warunki przebywania na terenie państwa, a za to biorą do ręki kredki i w ten sposób próbują "cywilizować" ludy przybyłe na gościnny europejski grunt.

I teraz przechodzimy do meritum.

Otóż, nasze odstawione od krwioobiegu pijawki, lecąc już od dwóch lat na "oparach" oszczędności postanowiły zabawić się w rewolucję. Pod pretekstem "walki z dyktaturą", po opublikowaniu przez Trybunał Konstytucyjny wyroku nakazującego ochronę życia poczętego (a nie de facto zakazującego tzw "aborcji eugenicznej" postanowiły wyjść na ulicę, podnosząc po raz kolejny argument, że to nas "oddala od Europy". Jednak, aby wyrok mógł być uznany za element wiążący prawnie, musi zostać przez Premiera opublikowany, co się oczywiście nie dzieje. Zresztą, pisałem o tym już w 2015 roku w artykule "Wyborcy PiS do spowiedzi". Z jednej strony mamy więc obłudę obozu rządzącego, z drugiej zaś - totalny debilizm tzw: "Strajku Kobiet". Ciekawi mnie, czy gdyby im ktoś powiedział, że według większości Imamów tzw. "aborcja" jest zakazana w prawie Islamu, a kary za nią mogą być dotkliwsze niż kara więzienia, to z taka samą determinacją wychodzili by na ulice kilka lat temu z karteczkami "Refugees Welcome"? Wszak lwia część pasażerów łódek wyznawała właśnie tego Boga. I ciekawi mnie, jak postąpi "oświecona Europa", gdy w ciągu następnych kilku lat w najbardziej "nowoczesnej" Holandii (czy też jak głosi nowomowa: "Niderlandach"), większość zdobędą ugrupowania wywodzące się, czy też odwołujące się do Proroka i w pewnym momencie ustanowią nie tylko dżizję, charadż, ale posuną się do prawnej ochrony Dziecka nienarodzonego.

Jednak, to co się ma zdarzyć w najbliższej dekadzie mnie zbytnio nie interesuje. Boli mnie to, że ktoś poziom debaty publicznej w Polsce próbuje zepchnąć do poziomu rynsztoka, rozmów spod budki z piwem, czy słownych przepychanek w burdelu.

Ale bardziej niż to boli fakt, że nasza Kochana Ojczyzna nie jest traktowana jako coś, co trzeba pielęgnować, ale jako coś, na czym można zarobić. Mniej lub bardziej legalnie. Że co wybory zmienia się ekipa rządząca, że naszymi dobrami zarządzają ludzie nie do końca przygotowani merytorycznie do powierzonych obowiązków. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby dyrektorem naczelnym jakiejś dużej spółki był urodzony w Polsce homoseksualny, czarnoskóry Żyd, który pracowałby nad tym, aby zarządzana przez niego spółka przynosiła do Skarbu Państwa dochody, inwestowała w nowe technologie oraz rozwijała społeczności lokalne. A tak? Minęło 30 lat po tzw. "upadku Komuny". Wprowadzono procedury przetargowe. Przychodzi kolejna ekipa i nowi mędrcy ustalają, że autostrada która miała iść tędy nie może pójść wyznaczoną ścieżką, bo trzeba poprowadzić ją inną drogą, bo tam Szwagier ma pole, które trzeba wykupić. I tak znowu, dwa lata odkręcania, dwa lata planowania i gdy już trzeba przystąpić do ogłoszenia przetargu pojawiają się "wybory" i droga będzie szła zupełnie innym szlakiem.

Bo nie chodzi ani o mnie, ani o Ciebie drogi Wyborco, ale o Szwagra. I cholernie duże pieniądze.